japandroids to duet z kanady grający lo-fi/noise rocka z punkowym kopem. zazwyczaj te wszystkie dueciki mnie męczą, ale japandroidsi naprawdę są wyjątkowi, grają miło dla ucha i ogólnie nie ma czasu na nudy. piosenka którą mam zaszczyt zaprezentować to cover znanego (albo i nie) innego noise rockowego zespołu mclusky. co tu dużo gadać cover zagrany przez japandroids lubię o wiele bardziej niż oryginał, smętna melodyjka przewodnia od razu wpadła mi w ucho, a lekko obrażony wokal kastrata bardzo się spodobał. śmieszna piosenka, śmieszny tekst, chwytliwa melodia - bardzo często słucham. w sumie najlepsze jest w kawałku "yep" na 1:53.
wpadłem na pomysł, żeby wysyłać na divshare pojedyncze utwory, które najbardziej wpadły mi w ucho i chciałbym się nimi z wami podzielić. wysyłanie całych albumów jest dosyć męczące i nie chce mi się tego robić już tak często. poza tym, myślę że lepiej dla czytelników jest przesłuchać jakiś kawałek za pomocą jednego kliknięcia i później ewentualnie poszukać w necie lub kupić w sklepie, całej płyty/dyskografii zespołu który się spodoba. rączki każdy ma, więc na pewno dacie sobie radę :*. blog zmienia się więc powoli w system rekomendacji muzycznych, i nie będzie już raczej pełnił funkcji bazy z muzyką (no może czasem w przypadku zespołów trudnych do znalezienia w necie). chyba dobry pomysł, c'nie?
no to jazda z pierwszym utworem. HEALTH to zespół experymentalno-noisowo-rockowy prosto z los angeles, nie jest zbyt obskurny, reklamowany szeroko przez piczforka ma już w sumie sporą grupę słuchaczy (patrząc po last.fm). przyznam się bez bicia że trafiłem na ten zespół kompletnie przez przypadek. przeglądałem nadchodzące wydarzenia muzyczne w warszawie, wpadł mi w oczy HEALTH, który ma grać w CBA bodajże 7 lipca i bez chwili zastanowienia ściągnąłem całą ich dyskografię. totalne zaskoczenie. spodziewałem się jakiegoś badziewiarskiego indie/lo-fi chuj wie co, albo totalnie nienadającego się do słuchania harsh noise'u dla elitarnych słuchaczy, a tutaj taki zonk. o oryginalnym brzmieniu tego zespołu decyduje używanie przez jego członków zoothornów (jakieś tam sprzężenie mikrofonu z pedałem gitary), oraz strasznie połamana perkusja (nie słychać tego w kawałku który wam prezentuję). całość ma strasznie brutalnego kopa, przeplatającego się z monotonnym wokalem i czasem melodią. HEALTH ma przemyślane struktury piosenek (na szczęście), więc nie jesteśmy męczeni jakimiś ścianami dźwięku a w ich muzyce brak jest tak irytującej przypadkowości, która w większości kiepskich noise'owych zespołów jest standardem. pierdolnięcie jakie fundują nam zoothorny w kawałku die slow jest po prostu nie do opisania, ciarki przechodzą po plecach suty twardnieją. kawałek którego można słuchać non stop.
masywny hardcore z niemożliwie growlującym i zdartym wokalem (swoją drogą przy mikrofonie brat franka cartera z gallows). w sumie ten album to przede wszystkim zajebiste riffy, które wżerają się głęboko w głowę. southern rockowy klimacik także obecny. STRASZNIE POIRYTOWANA MUZYKA.
dobra tam, jazda od razu z druga płytą. jeśli ]]][[[ jest bardziej ułagodzone i odjrzałe to the discovery jest czystą techniczną napierdalanką gitarową. surowiej mocniej i Z WIĘKSZYM KURWA KOPYTEM. to jest NAJWIĘKSZA muzyka jaką kiedykolwiek słyszałem. epickość od pierwszej do ostatniej minuty jak w IMAXIE.
SIUSIAKI W GÓRĘ. cloudkicker to projekt post-metalowy, skupiony na gitarowych połamańcach i RYTMIE. ktoś wymyślił na to określenie djent, niech będzie. ]]][[[ to sroga płyta, która zaskakuje przez cały czas. nie wiadomo czego się spodziewać w każdej kolejnej minucie. świeże to w chuj, inne niż wszystko co do tej pory słyszeliście, daje strasznie dużą satysfakcję. do tego rytmiczne pulsujące gitarki i automat perkusyjny. muzyka dla nerdów komputerowych (chyba).
nie ma chuja na ten zespół. celowo pominąłem kilka płyt w dyskografii które są gówno warte, więc nic nie tracicie. mój osobisty fejwrit of all time. aha, płyty wydane w epitaph są o wiele gorsze od tych pod szyldem no idea records. oczywistym jest, że epitaph ssie i każdy zespół który przechodzi pod jego skrzydła jest bezpowrotnie stracony.
występują: hank williams III oraz joe buck yourself. tagi powinny wyglądać mniej więcej tak: whisky, sperma, krew, punk, hellbilly, western rednecks, country, duże ciężarówki, kowbojskie kapelusze, tennesee, weed, 666, hell. wtedy bardziej plastycznie opisywałyby muzykę, którą mam wam przyjemność dzisiaj zaprezentować. i tak w sumie dałem dziwne tam na dole xD
tak kiedyś brzmiał metalcore zanim został zawłaszczony przez tabuny łosi z grzywkami. klasyka jak stopieńćdziesiąt. surowość + melodia + zajebisty wokal = shai hulud. mediafire
no i kurwa. nowe ceremony nie mogło być lepsze. chopaki wycofali się z wściekłego trashowego napierdalania na rzecz nostalgii za starym dobrym hc z lat 80 w stylu circle jerks i minor threat. tempo jest wolniejsze, brak szaleńczych blastbeatów, zauważalnie zmieniła się także produkcja. całość brzmi tak bardzo 80's że już bardziej nie może. długo wyczekiwany album zawiera 13 kawałków, (niektóre mają nawet ponad 3 minuty!). po pierwszym przesłuchaniu strasznie się zdziwiłem i zirytowałem. bo zmian jest dużo. za to z każdym następnym wciągało mnie coraz bardziej. oczywiście to co było najlepsze w "starym" ceremony, czyli wkurwiony do granic możliwości wokal, pozostał bez zmian. jak dla mnie to może być najlepsza płyta 2010 roku. bez kitu. jaram się jak dziecko. czy ta płyta to krok w tył, czy krok naprzód - samemu trzeba ocenić. mediafire