niedziela, 14 marca 2010

Tim Hecker - Haunt Me, Haunt Me Do It Again (2001)


"Stylistyka, w której porusza się Tim, to kolaż ambientowych plam, połączonych ze ścianą dźwięku wywołujący u słuchacza uczucie braku grawitacji"
-Last.fm

z tą grawitacją to nie wierzyłem, ale teraz... here's the story:
położyłem się w łóżku ok 2 w nocy. ciemno, cicho wszyscy w domu dawno śpią, zgasiłem światło. przedtem ożłopałem się kawy jak bąk, (żeby nie zasnąć) fajki przygotowane, trochę papieru toaletowego na wypadek nagłego wytrysku też, ogólnie wszystko pod ręką. w przypadku słuchania ambientu, taki set & settings to konieczność, wszyscy ci, którzy twierdzą że przesadzam - w dupie byli, gówno widzieli i nie zasługują na miano alternatywnych koneserów ambitnej muzyki. trzeba mieć spokój i ciszę, a noc to gwarantuje, więc nie masz wyboru jeśli chcesz wycisnąć z tej muzyki maximum potencjału. ogólne niewyspanie i podkrążone oczy następnego dnia to jednak mała cena za taką orgię doznań dźwiękowych. przyznam się, że wybrałem tima heckera zupełnie na chybił trafił, podczas przeglądania last.fm. poza tym zaciekawiło mnie się jego zdjęcie profilowe:


xD

ale wracając do łóżka. zapuszczam foobara i... no właśnie, nie wiem o co chodzi, ale ten koleś używa chyba jakichś dziwnych częstotliwości, bo jego muzyka wywołuje strasznie dziwne uczucia i wrażenia (nawet fizyczne). pamiętam że mimo ilości wyżłopanej kawy w pewnym momencie zacząłem przysypiać trochę, oczy mi się już prawie skleiły, gdy nagle tak mnie wypierdoliło w kosmos, że przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem. przed oczami migały mi konstelacje i nieznane planety, muzyka wyszła już dawno ze słuchawek i ciężko było określić skąd dobiegała. w brzuchu czułem dziwne mrowienie i taki zajebisty czil, że zapomniałem o wszystkim. apogeum tego dziwnego letargu osiągnąłem przy kawałku "city in flames (part 2)". to było coś. uczucie oderwania od łóżka i braku fizycznego z nim kontaktu (jak kąpiel w roztworze solnym z "pilota pirxa") a w głowie kilka tysięcy kilometrów kwadratowych przestrzeni kosmicznej wypełnionej dźwiękami. nie wiem czy to moje subiektywne odczucia, czy sam się trochę nakręcałem, może to ze zmęczenia a może byłem w pół-śnie? nie mam zielonego pojęcia i w sumie mnie to nie obchodzi. tripa po muzyce jeszcze nie miałem a stan w którym się znalazłem najlepiej oddaje właśnie to określenie. na koniec dodam że w końcu zasnąłem gdzieś tak pod koniec płyty. rano obudziłem się, playlista z "haunt me..." okazała się zapętlona, komp przez całą noc działał a mnie bolała głowa. trudno określić wszystkie doznania/myśli które przychodziły do głowy tej nocy, ale najważniejsze wrażenie zapamiętałem. tim hecker wydawał mi się "muzyką na żywo". wytłumaczę: normalnie słuchając muzyki, zdajesz sobie sprawę z tego że jakiś wykonawca nagrał kiedyś utwór, który w danym momencie leci w twoich słuchawkach i patrzysz na to jak na kawałek zarejestrowanej przeszłości. wiesz że musieli nagrać to w studio, użyć instrumentów itp. słuchając tima heckera muzyka "działa" się, jakby na żywo tu i teraz, tylko dla mnie, w mojej głowie. kto jest wykonawcą, jaki to gatunek i inne tego typu pierdoły nie miały wtedy znaczenia. dziwne uczucie, ciężko to wytłumaczyć, lepiej posłuchać. naprawdę polecam "haunt me..." w nocy przy zgaszonym świetle i z minimalnym choćby skupieniem, bo tylko tak można docenić klasę tej płytki.

HAUNT ME, HAUNT ME, DO IT AGAIN

3 komentarze:

  1. haha jaki trip report, lepszy niż po grzybach ;D
    Ja z takich historii to polecam Tribes of Neurot, nie pamietam już która płytka, ale przez ok. 10 minut jak leżalem z zamknietymi oczami krążyły dokoła mnie 2 elektrostatyczne kule dźwięku, które potem weszły mi przez uszy i dosłownie rozjebały mózg.

    OdpowiedzUsuń
  2. dookoła mojej głowy*

    OdpowiedzUsuń
  3. tribes of neurot to ci od neurosis? cos tam kiedys sluchalem, ale szczylem byłem i wolałem deftonesów xD

    OdpowiedzUsuń