poniedziałek, 29 marca 2010

Texas Is The Reason - Self Titled EP (1995)



praca + wiosna = mniej postów, ale dzisiaj nie poszedłem więc trochę zaległości postaram się nadrobić. texas is the reason to emo/ post-hardcore z lat 90. jak to zwykle bywa w przypadku takich band, rozpadli się po zaledwie 4 latach, nagrywając tylko jeden album i jedną epkę. nie smęcą, grają trochę mocniej niż inne podobne im zespoły i bardzo dobrze. legenda gatunku.

mediafire

czwartek, 25 marca 2010

Beach Fossils



tylko 3 piosenki które znalazłem na necie. mega nostalgiczno-smutno-słoneczny lo-fi surf-punk/shoegaze z sekcją rytmiczną przypominającą trochę joy division. trzeba tego posłuchać te utwory po prostu rozjebują na kawałki. jak znajdę ich LP to na pewno wrzucę na blogaska. tymczasem słuchać tego co jest i jarać się.

mediafire

poniedziałek, 22 marca 2010

Down - NOLA (1995)



uber mega super duper hit z przeszłości. są takie momenty, kiedy absolutnie niczego nie chce mi się słuchać, czy to nowości, czy wypróbowanych osobistych hiciorów czy też experymentalnych podniet. po prostu muzyka jak każda inna rozrywka zaczyna mnie nudzić. wyłączam wtedy foobara i na siłę próbuję wynaleźć sobie jakiekolwiek inne zajęcie, a że nie mam żadnych zainteresowań ani hobby, (kurwa samo słowo hobby mnie irytuje) to zmuszony jestem do gapienia się w tv albo innych tego typu bzdur. jakieś pół godziny temu ten moment właśnie nadszedł i już prawie poszedłbym spać, gdy nagle przypomniało mi się o downie. zdesperowany pogrzebałem w kompie, znalazłem "NOLA", odpaliłem i...okazało się że ta płyta łapie za dupę równie mocno jak kilka lat temu. są tu southern/stoner rockowe riffy, jest melodia, jest pierdolnięcie, jest surowość, jest zajebisty wokal. jaram się jak za czasów wczesnego liceum. prawdziwy kop w twarz z nowego orleanu od phila anselmo (ex-pantera) i kirka windsteina (crowbar). muzyka tylko dla zajebistych ludzi. nie nudzi się nigdy.

mediafire

Monikers - Wake Up (2008)



wiosna punk.

mediafire

sobota, 20 marca 2010

Planes Mistaken For Stars - Self Titled (1999)



samoloty nisko latają, idzie wiosna yo. post-hardcore brzmi jak post-hardcore. niby oczywiste, a jednak dzisiaj ciężko już o taki zespół.

mediafire

czwartek, 18 marca 2010

The Lawrence Arms - Buttsweat and Tears (2009)



zbyt skatowałem tą epkę, nie mogę już na nią patrzeć, ale może komuś też podpasuje i sieknie kilka odsłuchów za mnie.

buttsweat and tears

środa, 17 marca 2010

1000 Travels of Jawaharlal - Owari Wa Konai (2003)



wszystko zajebiście: emotional hardcore prosto z japonii, czuć lata 90, wokal świszczy po skośnemu, agresywny bębniarz, nawet solówki się znajdą (!). fajne fajne.

JAPAN ASSAULT

niedziela, 14 marca 2010

Tim Hecker - Haunt Me, Haunt Me Do It Again (2001)


"Stylistyka, w której porusza się Tim, to kolaż ambientowych plam, połączonych ze ścianą dźwięku wywołujący u słuchacza uczucie braku grawitacji"
-Last.fm

z tą grawitacją to nie wierzyłem, ale teraz... here's the story:
położyłem się w łóżku ok 2 w nocy. ciemno, cicho wszyscy w domu dawno śpią, zgasiłem światło. przedtem ożłopałem się kawy jak bąk, (żeby nie zasnąć) fajki przygotowane, trochę papieru toaletowego na wypadek nagłego wytrysku też, ogólnie wszystko pod ręką. w przypadku słuchania ambientu, taki set & settings to konieczność, wszyscy ci, którzy twierdzą że przesadzam - w dupie byli, gówno widzieli i nie zasługują na miano alternatywnych koneserów ambitnej muzyki. trzeba mieć spokój i ciszę, a noc to gwarantuje, więc nie masz wyboru jeśli chcesz wycisnąć z tej muzyki maximum potencjału. ogólne niewyspanie i podkrążone oczy następnego dnia to jednak mała cena za taką orgię doznań dźwiękowych. przyznam się, że wybrałem tima heckera zupełnie na chybił trafił, podczas przeglądania last.fm. poza tym zaciekawiło mnie się jego zdjęcie profilowe:


xD

ale wracając do łóżka. zapuszczam foobara i... no właśnie, nie wiem o co chodzi, ale ten koleś używa chyba jakichś dziwnych częstotliwości, bo jego muzyka wywołuje strasznie dziwne uczucia i wrażenia (nawet fizyczne). pamiętam że mimo ilości wyżłopanej kawy w pewnym momencie zacząłem przysypiać trochę, oczy mi się już prawie skleiły, gdy nagle tak mnie wypierdoliło w kosmos, że przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem. przed oczami migały mi konstelacje i nieznane planety, muzyka wyszła już dawno ze słuchawek i ciężko było określić skąd dobiegała. w brzuchu czułem dziwne mrowienie i taki zajebisty czil, że zapomniałem o wszystkim. apogeum tego dziwnego letargu osiągnąłem przy kawałku "city in flames (part 2)". to było coś. uczucie oderwania od łóżka i braku fizycznego z nim kontaktu (jak kąpiel w roztworze solnym z "pilota pirxa") a w głowie kilka tysięcy kilometrów kwadratowych przestrzeni kosmicznej wypełnionej dźwiękami. nie wiem czy to moje subiektywne odczucia, czy sam się trochę nakręcałem, może to ze zmęczenia a może byłem w pół-śnie? nie mam zielonego pojęcia i w sumie mnie to nie obchodzi. tripa po muzyce jeszcze nie miałem a stan w którym się znalazłem najlepiej oddaje właśnie to określenie. na koniec dodam że w końcu zasnąłem gdzieś tak pod koniec płyty. rano obudziłem się, playlista z "haunt me..." okazała się zapętlona, komp przez całą noc działał a mnie bolała głowa. trudno określić wszystkie doznania/myśli które przychodziły do głowy tej nocy, ale najważniejsze wrażenie zapamiętałem. tim hecker wydawał mi się "muzyką na żywo". wytłumaczę: normalnie słuchając muzyki, zdajesz sobie sprawę z tego że jakiś wykonawca nagrał kiedyś utwór, który w danym momencie leci w twoich słuchawkach i patrzysz na to jak na kawałek zarejestrowanej przeszłości. wiesz że musieli nagrać to w studio, użyć instrumentów itp. słuchając tima heckera muzyka "działa" się, jakby na żywo tu i teraz, tylko dla mnie, w mojej głowie. kto jest wykonawcą, jaki to gatunek i inne tego typu pierdoły nie miały wtedy znaczenia. dziwne uczucie, ciężko to wytłumaczyć, lepiej posłuchać. naprawdę polecam "haunt me..." w nocy przy zgaszonym świetle i z minimalnym choćby skupieniem, bo tylko tak można docenić klasę tej płytki.

HAUNT ME, HAUNT ME, DO IT AGAIN

sobota, 13 marca 2010

Against Me! - Reinventing Axl Rose (2002)



wariat-folk-punk. absolutny kurwa hit. jeśli nie zetknąłeś się nigdy z folk punkiem i uważasz że to połączenie musi brzmieć śmiesznie - lepiej obczaj. to co wokalista ze swoja deliryczno-pijacką manierą śpiewania wyprawia na tym nagraniu jest tak zajebiste, że siusiak mi się kręci w w obcisłych majtach, a za uszami mokro od potu. to jeden z tych śpiewaków, którzy spalają się całkowicie i bezpowrotnie. 2/3 against me! to wokal reszta to idealnie dopasowane do niego, bardzo charakterystyczne brzmienie, trochę punkowe, trochę akustyczne, nawet inspiracje muzyką country można tu usłyszeć. mix może wydawać się dosyć dziwny dla ludzi nieobeznanych z gatunkiem, ale zaręczam że wszystko razem ma sens i bardzo dobrze się łączy. ten album ma klimat jak stopieńdziesiąt. smutno-szaleńcza muzyka z jajami i z sercem. szmitu poleca jak mało którą rzecz na tym blogu.

reinventing axl rose

próbka z youtube