niedziela, 7 marca 2010

Pelican - March Into the Sea (2005)



meh, to były czasy. 2005 rok. post-rock jeszcze nie skolonizowany przez miliardy zespołów grających tak samo, pelican w megaformie nagrywa 2 kawałkowe EP z 20 minutowym epickim hymnem "march into the sea". życie było prostsze, muzyka prawdziwsza a ipody drogie. jak już zapowiedziałem, nie wrzucam na bloga żadnych postów-wypełniaczy. "march into the sea" to bez wątpienia jedno z najlepszych wydawnictw post-rockowo/sludgeowych. muzyka, która wywołuje autentyczne emocje. chcąc nie chcąc słuchając "march into..." przypominają mi się pewne sytuacje z życia, ożywają wspomnienia, a o to przecież chodzi, nie? kurwa ździebko refleksyjnie się zrobiło, ale co poradzę, ta płyta jest naprawdę bardzo bardzo dobra. najlepiej słuchać w łóżku albo podczas podróży,za to na pewno nie w sobotnie popołudnie, kiedy mama odkurza w pokoju obok, za oknem szczeka pies a ty zastanawiasz się co będzie na obiad.

MARSZEM W STRONĘ MORZA!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz